• Niesiemy pomoc ofiarom księży pedofilów

    zapewniamy telefon zaufania, pomoc prawną, psychologiczną i grupę wsparcia
  • Żądamy ukarania sprawców

    i odsunięcia ich od pracy z dziećmi
  • To nie Twoja wina

    całkowitą winę ponoszą sprawcy i osoby, które ich ukrywają
  • Walczymy z przyczynami pedofilii

    edukujemy i podejmujemy działania prewencyjne
  • Walczymy o odszkodowania dla ofiar księży

wersja polska english version

Kto słucha ofiar księży pedofilów?


Rozmowa z Matthiasem Katschem, szefem niemieckiej Fundacji Kwadratowy Stół gromadzącej ofiary księży pedofilów, członkiem Rady Ofiar Przemocy Seksualnej działającej przy niemieckim Parlamencie.

Agata Diduszko-Zyglewska: Jako dziecko padł pan ofiarą księdza pedofila, a teraz pracuje pan na rzecz innych ofiar.

Matthias Katsch: Tak, urodziłem się i dorastałem w Berlinie. Chodziłem do szkoły prowadzonej przez jezuitów i jako trzynastolatek byłem tam molestowany. Jak wiele innych ofiar wstydziłem się tego, co mi się przydarzyło, i nikomu o tym nie powiedziałem przez następne trzydzieści lat aż do 2010 roku, kiedy ujawniłem publicznie swoje przeżycia i nawiązałem kontakt z innymi ofiarami. W ciągu kilku tygodni rozpętało się tsunami – setki byłych uczniów kościelnych szkół i instytutów z całych Niemiec mówiło publicznie: mnie spotkało to samo. Później zostałem założycielem i rzecznikiem Fundacji „Kwadratowy Stół”.  W ciągu ostatnich lat my, byłe ofiary księży pedofilów w różnych krajach – w Polsce, Niemczech, Irlandii, Francji, Stanach Zjednoczonych – odważyliśmy się mówić, ale kluczowe pytanie brzmi: kto nas słucha?

Rozumiem, że zadając to pytanie odnosi się pan do braku reakcji ze strony lokalnych społeczności czy społeczeństwa w ogóle. W Polsce właśnie ta cisza pozwala księżom pedofilom działać w jednym miejscu przez wiele lat. Zdarza się nawet, że kiedy sprawa wreszcie wyjdzie na jaw, lokalna społeczność w obronie księdza atakuje jego ofiary.

Kościół działa jak każda inna instytucja – kiedy czuje się atakowany broni się – to naturalna reakcja. Ale najważniejsze pytanie rzeczywiście dotyczy społeczeństwa: dlaczego ludziom tak trudno zaakceptować te fakty i zmierzyć się z nimi; dlaczego tak trudno im dać wsparcie ofiarom. W Niemczech zadawaliśmy to pytanie instytucjom, Kościołowi, rodzinom… Musimy pamiętać, że to też problem kulturowy, dotyczący różnic między kobietami a mężczyznami w społeczeństwie. U nas w 2010 to była absolutna niespodzianka, że ofiarami byli mężczyźni, bo społeczeństwo zakładało, że ofiarami zawsze są kobiety! Skandal wybuchł między innymi dlatego, że to właśnie mężczyźni zaczęli ujawniać swoje przejścia. Ale oczywiście w każdym kraju to wygląda trochę inaczej...

To, czego jak sądzę brakuje w Polsce – i to was odróżnia od Niemiec i innych krajów zachodniej Europy – to wpływ i aktywność społeczeństwa obywatelskiego w tej sprawie. Wiem, że jest tutaj dużo aktywistów i NGOsów, ale one wciąż nie mają dostatecznego wpływu na społeczeństwo. Ofiary się ujawniają, próbują zostać usłyszane, ale skoro nie ma reakcji ze strony społeczeństwa, to jak mają to osiągnąć?

Jakie narzędzia społeczne mogą być najbardziej pomocne dla ofiar?

Nagłaśnianie ich historii przez media. U nas opublikowano tysiące artykułów opisujących historie ofiar i dzięki temu trwa publiczna dyskusja na ten temat. To bardzo pomaga ofiarom – i to nie tylko tym, które skrzywdzono dawno temu, jak mnie. To pozwala tym, którzy są zagrożeni teraz albo właśnie doświadczyli przemocy seksualnej, przełamać milczenie, poprosić o pomoc i uzyskać ją.

Kiedy ten skandal wybuchł w Niemczech, społeczeństwo dosyć szybko zaczęło nas słuchać. Po części dlatego, że już od lat siedemdziesiątych działały u nas ruchy, głównie organizowane przez kobiety, które nagłaśniały problem przemocy domowej i przemocy seksualnej wobec kobiet i dzieci. Istniała sieć punktów doradczych w całym kraju. Społeczeństwo było jakoś przygotowane do reagowania na takie historie, a do tego problem przemocy seksualnej w Kościele katolickim także istniał w świadomości ludzi. Społeczeństwo i władze zaczęły nas wspierać i dzięki temu było nam łatwiej negocjować z Kościołem.

Dlaczego wasza fundacja nazywa się „Kwadratowy Stół”?

Fundacja gromadzi głównie byłych uczniów szkół jezuickich, którzy byli w nich molestowani. Założyliśmy ją, bo w 2010 roku, kiedy ujawniliśmy sprawę, rozpoczęto proces rozmów przy okrągłym stole w celu wyjaśnienia tego wszystkiego – i my, ofiary, nie zostaliśmy zaproszeni do tego stołu. Pomyśleliśmy: rząd debatuje z Kościołem, a my jesteśmy wykluczeni! Nie chcemy żadnego miłego okrągłego stołu, chcemy konfrontacji. Jesteśmy ofiarami, chcemy, żeby to zostało uznane i chcemy mieć dostęp do informacji na tym samym poziomie, co Kościół. A zatem jako ofiary ze szkół jezuickich zorganizowaliśmy nasz własny „kwadratowy stół”.

W rezultacie całego tego procesu – z udziałem różnych aktorów: od społeczeństwa i państwa na poziomie federalnym i regionalnym po Kościół – rząd wyznaczył komisarza do spraw przemocy seksualnej wobec dzieci i ten komisarz miał wysłuchać ofiar. Parlament utworzył komisję, której zadaniem było wybranie piętnaściorga przedstawicieli ofiar do powstającej Rady Ofiar. Zgłosiło się kilkuset chętnych. Jestem jedną z piętnastu osób, które wybrano. Dostarczamy parlamentarzystom informacji i doradzamy w sprawie strategii ochrony dzieci przed przemocą seksualną. A więc osiągnęliśmy całkiem dużo.

Czy komisarz stale współpracuje z rządem?

Jest rządowym urzędnikiem, który we współpracy z Radą stale zajmuje się problemem przemocy seksualnej wobec dzieci – nie tylko tej ze strony księży. Mamy programy skierowane do szkół i organizacji sportowych, programy dotyczące przemocy seksualnej w rodzinie, programy wspierające dorosłych, których molestowano w dzieciństwie, programy zapobiegające skierowane do dzieci… I pierwszy raz w historii Niemiec mamy niezależną komisję, która bada przyczyny przemocy seksualnej wobec dzieci i przyczyny wieloletniego braku reakcji społecznej, o czym już wspominałem.

Dlaczego społeczeństwo powinno przejmować się ofiarami księży pedofilów? Jest tyle trudnych problemów do załatwienia – może ten nie jest dość masowy?

Przemoc seksualna to przestępstwo, które niszczy ofiarę od środka – a jego konsekwencje trwają przez całe życie człowieka. Zwłaszcza mężczyźni zwykle zamykają się w sobie i nie umieją poprosić o pomoc. Radzą sobie na inne sposoby – wiele przypadków alkoholizmu i przemocy w rodzinie to skutki dziecięcej traumy. Mężczyźni nie rozmawiają o tym, co im zrobiono, ale odreagowują to przez przemocowe i autodestrukcyjne zachowania, jak picie. To dlatego musimy uleczyć ich – żeby uleczyć nasze społeczeństwo; bo krzywda ofiar potencjalnie może ranić całe rodziny. To działa, jak rak: rozprzestrzenia się coraz bardziej, dopóki go nie wytniesz.

Ale, co kluczowe – to nie musi tak wyglądać, ofiara może zostać wyleczona. Im wcześniej trafi na terapię, tym większe ma szanse na wyleczenie i normalne życie. Przemoc seksualna rani głęboko, ale można pokonać tę traumę. Nasi przodkowie musieli przeżywać o wiele gorsze rzeczy. Niestety, utrzymywanie milczenia wokół tego tematu jest zabójcze – milczenie sprawia, że ofiary nie otrzymują pomocy.

Niemcy stanowią dobre pole do szczególnego porównania: czy jeśli chodzi o przemoc seksualną ze strony księży są jakieś istotne różnice między Kościołem katolickim a protestanckim?

Oczywiście zdarzają się przypadki tego rodzaju przestępstw popełnianych przez księży protestanckich, ale liczba tych przestępstw jest o wiele wyższa wśród księży katolickich. Spośród wszystkich przypadków zgłoszonych przestępstw seksualnych popełnianych w instytucjach – czyli szkołach, klubach sportowych, itp. – czterdzieści procent sprawców to księża katoliccy. To znaczy że Kościół katolicki ma poważny problem – prawie połowa ofiar obciąża jego konto. To może wynikać ze spraw strukturalnych – w Kościele protestanckim księża mogą się żenić. Oczywiście żonaty mężczyzna też może być przestępcą, ale na pewno ma też szansę na szczęśliwe życie seksualne i uczuciowe.

Istotne jest też to, że w Kościele protestanckim kapłanami mogą być także kobiety. Tymczasem Kościół katolicki wyróżnia pewna atmosfera męskich relacji – to grupa mężczyzn, którzy trzymają się razem i wspierają się wzajemnie. To tworzy specyficzny klimat tej instytucji. Kiedy dochodzi do ujawnienia spraw związanych z przemocą seksualną lub przy próbie działań profilaktycznych trudno się przez to przebić.

Porównanie do struktur mafijnych samo się nasuwa. Wewnętrzna lojalność i wzajemne wsparcie wydają się w tej strukturze istotniejsze niż ochrona dzieci. W Polsce mieliśmy tego rodzaju skandal, kiedy okazało się, że arcybiskup Paetz działający w Poznaniu molestował kleryków. Inni współpracujący z nim w tej samej kurii biskupi nie stanęli wtedy po stronie ofiar. Jeden z tych biskupów został właśnie metropolitą krakowskim, czyli najwyższym hierarchą Kościoła w Polsce, a sam Paetz dalej bierze udział w oficjalnych uroczystościach kościelnych.

Dokładnie. Cokolwiek się stanie, trzymamy się razem. A Kościół ma skuteczne mechanizmy ochrony swoich księży. Trzeba to podkreślić jeszcze raz – problemy i ryzyka, o których mówimy w wypadku Kościoła katolickiego, wynikają z jego struktury. W Kościołach protestanckich jest o wiele więcej mechanizmów zapobiegania tego rodzaju problemom.

Rozumiem, że hierarchom katolickim może być też zwyczajnie niełatwo zaakceptować fakt, że ich organizacja odpowiada za tyle cierpienia. Zwłaszcza, że to religijna organizacja, której oficjalnym celem jest działanie na rzecz dobra na świecie. Ale zaakceptowanie tej prawdy jest koniecznością. Nie tylko dlatego, że my, ofiary, potrzebujemy uznania tej prawdy i naszej krzywdy przez Kościół, ale dlatego, że musimy przed tą krzywdą ochronić kolejne dzieci.

Żeby skutecznie pomagać ofiarom musicie nawiązać dialog właśnie z Kościołem katolickim – jak ten dialog się toczy?

Niestety postęp w dialogu z władzami Kościoła katolickiego jest niewielki. Biskupi po prostu nie chcą z nami rozmawiać. Wiem, że w niemieckim Kościele setki aktywistów na poziomie lokalnym robi dużo, żeby stworzyć program profilaktyki – szkolą personel parafii i organizacje młodzieżowe w tym, jak zapobiegać przestępstwom seksualnym. Ale hierarchowie, biskupi wciąż nie nauczyli się traktować nas jak partnerów, a nie wrogów. Nie chcą nawiązać z nami partnerskiej relacji.

Generalnie obecnie Kościół jest skłonny przyznać, że są księża, którzy molestują dzieci, ale wciąż nie chce pogodzić się z faktem, że to konkretna struktura instytucjonalna Kościoła umożliwia ten proceder. Hierarchowie nie chcą rozmawiać o systemie formacji młodych księży ani o tajności procedur i strategii w tej organizacji. Nie chcą też rozmawiać o relacjach władzy wewnątrz Kościoła pomiędzy poszczególnymi poziomami w hierarchii – pomiędzy laikatem, księżmi, biskupami, arcybiskupami, kardynałami i papieżem – a to właśnie w tak mocno hierarchicznych rośnie ryzyko ukrywania i zatajania różnych spraw. W kontekście zapobiegania przemocy wobec dzieci w tej organizacji to jest problem. Musimy też rozmawiać o duchowym wymiarze tej sprawy – tymczasem Kościół katolicki ma opresyjną koncepcję seksualności, co bardzo utrudnia rozmowę na tematy związane z tą sferą życia człowieka – nie tylko w kontekście ofiar pedofilii, ale w ogóle w kontekście potrzeb samych księży czy religijnej społeczności.

Jest mnóstwo do zrobienia, dlatego to ważne, że organizacje gromadzące ofiary z poszczególnych krajów wspierają się – my z radością dzielimy się naszym doświadczeniem z polską Fundacją „Nie lękajcie się”. Dzięki temu nikt z nas nie jest sam. Ale przede wszystkim działamy po to, żeby ochronić przed tym, czego doświadczyliśmy, dzisiejsze dzieci.

--

AGATA DIDUSZKO-ZYGLEWSKA

Krytyka Polityczna

Komentarze i opinie